Camping na kaktusowej wyspie Incahuasi, czyli nasz przepis na alternatywną wycieczkę po Salar de Uyuni

Camping na wyspie Incahuasi, czyli nasz przepis na alternatywną wycieczkę po Salar de Uyuni

Dziś zaserwujemy Wam przepis na zupełnie alternatywną i ekonomiczną podróż po Salar de Uyuni. Zanim jednak zdradzimy szczegóły, zabieramy Was na przejażdżkę po solnisku wielkim lokalnym autobusem, na spacer wśród milenijnych kaktusów, na zachód i wschód słońca ponad białą pustynią i na noc pod milionem gwiazd.  

Vamos?

Tahua..taka wioska pod wulkanem Tanupa, na samym brzegu Salar! Można tam dojechac lokalnym autobusem – jedzie przez całe solnisko! - Esteban i Simona opowiadają nam o swoim odkryciu: "Problem taki, że kurs ma tylko 2 razy w tygodniu...dziś piątek i odjechał właśnie w południe...następny dopiero we wtorek. Ale codziennie jeździ też autobus do innej miejscowości – Llica. Może uda się namówic kierowcę, żeby nas podwiózł po drodze do Tahua?” 

Plan jest kuszący. Cały dzień i nocleg w wiosce u stóp wulkanu z solniskiem na wyciągnięcie ręki. Bez przewodników i okrojonych programów. Co prawda nazajutrz mieliśmy ruszac w dalszą drogę, ale czemu w sumie nie zatrzymac się na Uyuni dłużej i nacieszyc pustynią i gwiazdami? Koniec końców decydujemy razem w czwórkę wybrac się na camping do Tahua. Świętując nasz plan, wybieramy się do lokalnego baru Extreme Fun Pub, gdzie ze ścian wyzierają na nas, uwiecznione na zdjęciach gołe tyłki, odwiedzających lokal turystów (chodzi o tutejszy konkurs – wyzwanie typu: kto wypije najwięcej/najszybciej- szczegółów dokładnie nie znamy, bo się na to nie skusiliśmy).

Następnego dnia pakujemy plecaki i wymeldowujemy z hostelu. Autobus do Llica odjeżdża o 12. Na stacji okazuje się, że jest pełny i nie ma już wolnych miejsc. Wokół tłoczą się cholitas, inni upychają swoje toboły do wielkiego, przypominającego czołg autobusu. Kierowca jednak nie może nas zawieźc do Tahua, bo to całkiem w inną stronę. Podobno jakieś 4 osoby są zainteresowne tym samym przejazdem i jeśli go potwierdzą, to i my dostaniemy się do naszej wioski. Póki co nie pozostaje nic innego jak wrócic do hostelu, poprosic spowrotem o nasz pokój i wrócic do biura za 4h, by dowiedziec się czy nasz jutrzejszy plan wypali.

A nie chcecie pojechac i nocowac na wyspie Incahuasi? Tam kierowca może Was wyrzucic po drodze i zabrac kolejnego dnia” – pada propozycja Pani z biura, po tym jak okazuje się, że z wyprawy do Tahua jednak nici. „Teraz tam żadne wycieczki nie jeżdżą, bo dużo wody jest wokół. Autobusem nie ma problemu. Pod namioty możecie jechac..Tylko jedzenie ze sobą weźcie i wodę, bo tam nie ma gdzie kupic” – padają dalsze porady. Chwila zastanowienia i wspólna decyzja: Jutro jedziemy na kaktusową wyspę!

W niedzielne południe zjawiamy się ponownie na stacji. Wokół rosną już stosy pakunków i tobołków, czekających do załadunku. Przybywają cholitas z wózkami, sprzedając od owoców, przez chleb i lokalne przysmaki na drogę. Autobus nadjeżdża jak zwykle z opóźnieniem.

Zajmujemy miejsca na samym tyle, a mieszanina zapachów w środku przyprawia nas o mdłości. Nareszcie jednak ruszamy, w rytmie wypełniających autobus dźwiękach muzyki cumbia. W podskokach i bujając się jak na łodzi, wielka maszyna wtacza się na teren białej pustyni. Znów jesteśmy na solnisku! Mijamy po drodze wycieczkowe jeapy i jadący w oddali autobus, mieniący się w wodnej tafli niczym widmo.

Dwie godziny później na horyzoncie pojawia się wyspa Incahuasi – nasz cel! Kierowca robi tu krótki postój, a my zabieramy plecaki i robimy obchód, by znaleźc dogodne miejsce na dzisiejszy nocleg.

Ktoś jednak za nami, a raczej nad nami krąży – jeden ze stróżów wyspy, podąża za nami na rowerze, obserwując z góry. Znajdujemy miejscówkę, gdzie już pewnie niejeden namiot stał – położona wyżej dośc spora grota, a na skraju solniska – kamienny stół i ławki. Nagle jakby spod ziemi wyrasta stróż, informując, że musimy opłacic „wejściówkę” na wyspę. Negocjacje schodzą na lepszą drogę, kiedy Esteban częstuje go papierosem. Zniża nam cenę o połowę, a zapłata upoważnia nas do korzystania z łazienki.

Na wyspie mieszka jakieś 7 osób. Wycieczki ostatnio tu nie docierały, ze względu na spore deszczowe jezioro, którego przy naszej wizycie zostały już tylko śladowe ilości. Jest tu więc tylko nasza czwórka i lokalni opiekunowie + para sympatycznych psów, towarzyszących nam przez cały pobyt. Wyspa Incahuasi z języka keczua oznacza "dom Inki" i słynie z wielkich kaktusów (niektóre mogą osiągac nawet 10m!), a wiekiem przekraczac kilka stuleci.

Cały zachód słońca i zatapiające się w niewielkich kałużach ostatnie promienie są tylko dla nas!

A później nastaje noc i ciemne, bezchmurne niebo wypełnia się milionami gwiazd. Wpatrujemy się w niezakłóconą światłem lamp drogę mleczną, szybujące komety i spadające gwiazdy.

Zabawy światłem:

Przy wszechogarniającej ciszy, serwujemy sobie wreszcie kilkugodzinny sen.

Pobudka przed 6 rano...ciepłe śpiwory kurczowo chcą nas zatrzymac w namiocie..stawiamy im jednak opór i  jeszcze w ciemnościach, przy świetle latarek, wyruszamy w stronę wschodzącego słońca.

Na horyzoncie pojawia jasna łuna, a blade światło nowego dnia oświetla wyspę i wiekowe kaktusy. Wspinamy się wyżej, by zając najlepsze miejsca na poranny spektakl.

Za niedługo pojawiają się nieśmiało pierwsze, pomarańczowe promienie, rozlewające się powoli po białej pustyni, solne kryształy iskrzą w ich świetle, a słoneczna kula wznosi się coraz wyżej, ogrzewając nasze twarze.

Wulkan Tanupa o poranku - tam gdzieś u jego stóp leży Tahua...

I zwykła bułka z tuńczykiem na śniadanie nabiera innego smaku przy takiej scenerii:

Mało nam było jeszcze zdjęc z perspektywą..

Niesamowite, że sól układa się wieloboczne kształy, tak samo jak jej własne cząsteczki.

O 14 nadjeżdża autobus, by zabrac nas spowrotem do Uyuni. Żegnamy się z Simoną i Estebanem, którzy postanawiają zostac tu o noc dłużej. Nam pora już ruszyc w dalszą drogę i zostawic kaktusową wyspę za sobą.

Niewątpliwie była to nieziemska przygoda. Conajmniej 3 programy wycieczkowe w jednym. Jeśli i Wy macie ochotę na ekonomiczną, alternatywną do oferowanych przez agencje wyprawę, poniżej przedstawiamy Wam na nią przepis.

Dojazd lokalnym autobusem:

Jeśli nie macie wypożyczonego auta, to rozwiązaniem pozostaje lokalny autobus. Na stacji autobusowej w Uyuni znajdziecie bodajże 3 agencje, które posiadają połączenia autobusowe do wiosek wokół Salar (Llica i Tahua). My pojechaliśmy z agencją: 19 de Noviembre. Po lekkich negocjacjach bilet w jedną stronę ( trasa Uyuni- Incahuasi) kosztował nas 30 BOB/os. (ok.17 PLN). Pamiętajcie, że wyspa nie jest miejscem docelowym i upewnijcie się w biurze kilka razy ( a najlepiej też u kierowcy), że Was stamtąd zabiorą w umówionym dniu. Odjazdy z Uyuni powinny byc teoretycznie codziennie w południe. Podróż trwa ok.2h.

Jeśli wstrzelicie się w odpowiednie dni, możecie pojechac do wioski, o której wspominaliśmy na początku – Tahua. My mamy zamiar wybrac się tam przy następnej okazji, po relacjach Simony, której udało się tam w końcu dotrzec i była zachwycona. 

Wyspa Incahuasi – co i jak:

Wyspa Incahuasi znajduje się ok. 100 km od miejscowości Uyuni. 

Za wstęp na wyspę obowiązuje opłata 30 BOB (ok.17 PLN). Można próbowac negocjowac cenę z jej opiekunami (nam się udało zapłacic połowę, do czego pewnie przyczynił się brak innych turystów i obietnica, że na punkt widokowy nie będziemy się wspinac...no i nie zapominajmy o papierosku).

Jeśli chodzi o dostępną infrastrukturę: są łazienki i małe schronisko (niestety nie wiemy jakie są tam warunki, bo go nie odwiedziliśmy). Poza tym mały sklepik z pamiątkami i przekąskami (w wysokim sezonie pewnie bardziej wyposażony niż kiedy byliśmy). Koniecznie zabierzcie ze sobą prowiant i wodę z Uyuni!

Jeśli tak jak my macie zamiar nocowac w namiocie - spokojnie znajdziecie na wyspie dogodne miejsce. Do naszej jaskini możecie dotrzec idąc na lewo od przedniej strony wyspy (gdzie zostawia Was autobus i znajdują się domki).

Jeśli chcecie całkiem odciąc się od rzeczywistości, to o jakieś 20km od Incahuasi leży Isla del Pescado (Wyspa Ryby, nazwana tak ze względu na kształt). Nie jest ona zamieszkana i nie istnieje tam żadna turystyczna infrastruktua. Plus? Wstęp bezpłatny.

Komu z Was udało się przeżyc podobną przygodę na wyspie Incahuasi? Jak Wam się podobało? Podzielcie się wrażeniami!

3 przemyślenia nt. „Camping na kaktusowej wyspie Incahuasi, czyli nasz przepis na alternatywną wycieczkę po Salar de Uyuni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 + 1 =

css.php